odkryłam nową knajpę niedaleko Placu Konstytucji - mają cydr o smaku taniego wina i genialne wnętrze z mackami, Sputnikiem i Picardem. warto.
p.s. skoro już o ciekawych knajpach z mackami mowa, to warto jeszcze wspomnieć o Dzikim Ryżu na Wspólnej:
blog o ośmiornicach, dinozaurach, zakupach z drugiej ręki, podróżach, głupotach oraz (poniekąd) o glottodydaktyce.
odkryłam nową knajpę niedaleko Placu Konstytucji - mają cydr o smaku taniego wina i genialne wnętrze z mackami, Sputnikiem i Picardem. warto.
p.s. skoro już o ciekawych knajpach z mackami mowa, to warto jeszcze wspomnieć o Dzikim Ryżu na Wspólnej:
w moim szmateksie pojawiła się ostatnio wizażystka. wizażystka ma na oko koło osiemdziesiątki, chodzi z balkonikiem, wpycha się obcym ludziom do przymierzalni (najchętniej w momencie, kiedy są najmniej ubrani) i udziela im fachowych porad. upodobała sobie na przykład dwie panie (obie tak plus-minus może z dziesięć lat od niej młodsze) i znosiła im najbardziej wydekoltowane ubrania, jakie udało jej się znaleźć - bo 'jak jest się takim młodym jak wy to trzeba trochę ciała pokazać.' mi coś nie chciała doradzać, sama nie wiem jakie wnioski powinnam z tego faktu wyciągnąć. w każdym razie zrobiłam (wtedy i nie tylko wtedy) trochę ciekawych szmateksowych zakupów (ubraniowych też, ale opowiadanie o ubraniach jest nudne).
całe towarzystwo, które zamieszkuje teraz w mojej pościeli (z czego nowa jest tylko płaszczka, ale pięknie się komponuje z całą resztą)
pluszowe kameleony pozują na moim koszyku od roweru (stwierdziłam, że jak już kupuję to niehumanitarnie będzie kupić tylko jednego).
macki może nie są szczególnie urodziwe (i mają zeza), ale za to pochodzą z londyńskiego Akwarium, które rok temu odwiedziłam (wtedy takich macek tam nie mieli - mieli inne, które oczywiście też kupiłam).
pluszowy Dalek - zdaje mi się, że oryginalnie był pokrowcem na termofor, ale u mnie służy po prostu jako ozdoba bocznej ścianki regału.
na koniec kilka książek i płyta. swoją drogą to w jednej ze szmateksowych książek, które ostatnio kupiłam (nie ma jej na zdjęciu, to bodajże jakaś Bronte), znalazłam to:
zdaje mi się, że (przynajmniej do momentu upowszechnienia podróży w czasie) ze zwrotem mogą być problemy.
teraz skończyło się bieganie po szmateksach, jakoś ciężko mi wygospodarować czas w godzinach, w których są otwarte. niby dobrze, bo stopień zagracenia mojego mieszkania nie rośnie w takim zatrważającym tempie - ale tak naprawdę to źle, bo ja bardzo lubię zagracać moje mieszkanie.
robótki ręczne są fajne, ale nie ma chyba nic tak niekreatywnego, nudnego i bezmyślnego jak haft krzyżykowy. niemniej fajnie jest czasem porobić coś niekreatywnego, nudnego i bezmyślnego, szczególnie, jak jest się zmęczonym i zestresowanym, a tym bardziej jak jest się mną - bo dla mnie skupienie się na filmie albo serialu jest praktycznie niemożliwe, jeżeli jednocześnie nie robię czegoś z rękami (i to coś musi być w miarę możliwości niekreatywne, nudne i bezmyślne, żeby mimo wszystko nie przeszkadzało w oglądaniu).
jakiś czas temu pokazywałam Daleka, za którego się wzięłam. teraz jest już skończony i za cholerę nie wiem co z nim zrobić, więc póki co wala się na dnie szuflady - ale w końcu przecież nie chodzi o to żeby zrobić, tylko o to, żeby robić. w każdy razie wygląda to tak:
teraz zaczęłam haftować coś nowego, ale na razie nie będę zdradzać co to jest (chociaż może już można się domyśleć). w każdym razie obrazek jest gigantyczny i szacuję, że skończę go za jakieś sto lat (o ile wcześniej oczywiście nie rzucę tego w cholerę), ale, jak już napisałam wcześniej, nie chodzi o to żeby zrobić, ale o to, żeby robić.
a z trochę mniej głupich rzeczy to kupiłam sobie ostatnio plastelinę i stwierdziłam, że chciałabym się nauczyć robić animacje poklatkowe. coś tam już nawet wrzuciłam na fejsbuka, ale tu na razie nie będę - pochwalę się efektami dopiero wtedy, kiedy zrobię coś trochę bardziej skomplikowanego i odrobinę dłuższego niż dwie sekundy (bo tyle trwa moja pierwsza animacja) - czyli też najpewniej za jakieś sto lat, bo wakacje już się dla mnie skończyły i znowu Nie Mam Czasu (chyba, że na rzeczy bezmyślne, nudne i niekreatywne, bo jakoś się trzeba relaksować po pracy).
'ciekawa rzecz, że na Edenie nie ma żadnych macek - zauważył Doktor. - we wszystkich książkach, jakie kiedykolwiek czytałem, na innych planetach jest zawsze pełno macek, które się wiją i duszą.'
S. Lem, 'Eden'
Lem bardzo średni (jak na Lema), ale tego fragmentu nie mogłam nie zacytować. i tak, w książce występuje Doktor pisany z wielkiej litery. inna sprawa, że występują też Cybernetyk, Chemik, Inżynier i Koordynator.
swoją drogą to taki zrzut ekranu zrobiłam ostatnio przy oglądaniu bodajże szóstego sezonu Skinsów:
przy okazji sprzątania (o którym więcej opowiadam niż faktycznie się nim zajmuję) stwierdziłam, że pozbywam się wszystich moich ręcznorobótkowych klamotów, bo przecież szkoda na takie zabawy czasu. klamoty już były naszykowane w reklamówce do oddania komuś, kiedy znalazłam w internetach to. haft krzyżykowy jest najbardziej pedalskim zajęciem wszech czasów, no ale tam tego.
a jak już te tematy, to mogę przy okazji coś, co przydarzyło mi się wyprodukować chyba dobre dwa lata temu, a co jakimś cudem nigdy tutaj nie trafiło - skarpetkornica (czyli taki podwodny odpowiednik sock monkey):
p.s. przy okazji tego samego sprzątania postanowiłam raz na zawsze skończyć z problemem 'gdzie jest drugi kolczyk?!' i kupiłam wieszak do kolczyków. nie, żeby to kogoś miało szczególnie interesować, ale macki i dinozaury wyglądają w mojej osobistej opinii przeepicko, więc wkleję zdjęcie (a że fajne książki są w tle to jeszcze inna sprawa).
trzeba się jakoś obijać odstresowywać. na przykład oglądając seriale, na przykład brytyjskie. ostatnio seriale były dwa, konkretnie Doctor Who i Sherlock (bo Big Bang Theory ani How I Met Your Mother nie liczę, odcinek na tydzień to zdecydowanie za mało, żeby się odstresować). i było dużo efektów ubocznych oglądania, na przykład zakupy na Allegro, gdzie takie rzeczy można kupić za żadne pieniądze:
zajęcie na wieczór gwarantowane (pamiętajcie, żeby nie łączyć Daleków i alkoholu).
propos Allegro:
a to efekty innych zakupów, szmateksowych:
jednym kubkiem mogę się podzielić, jeśli kto chętny.
do tego jeszcze, już bez związku z zakupami, screen z 'The Chase,' odcinka z bodajże drugiego sezonu starego Doktora (tego z lat sześćdziesiątych). screen, co być może słabo widać, przedstawia ośmiornicę lądową, więc nie muszę chyba wyjaśniać czemu go zrobiłam i wstawiam teraz na bloga (mniejniżtrzy):
i jeszcze coś propos Sherlocka, znalezione w wydziałowym kiblu:
ostatnio polowania w szmateksach nie są tak owocne jak to do niedawna bywało, ale jakieś perełki zawsze się trafią. z ostatnich perełek:
Little Britain w ogóle coś za mną chodzi, od pobytu w Liverpoolu nawet bardziej niż wcześniej (w Liverpoolu oglądaliśmy powtórki starych odcinków, które leciały akurat na jakimś kanale. przy okazji dowiedziałam się, że podobno mam 'Scousers' sense of humour' - w sensie, że jestem prymitywna po brytyjsku. zdecydowanie najlepszy komplement, jaki mi ktokolwiek kiedykolwiek powiedział).
coś z zupełnie innej beczki - dedykacja (trochę starsza ode mnie) znaleziona w książeczce Beatrix Potter (nabytej).
liverpoolskie resztki, czyli wszystko to, czego nie objęły poprzednie posty.
okno wystawowe Forbidden Planet, czyli Najlepszego Sklepu na Świecie
'do not cease to drink beer, to eat, to intoxicate thyself, to make love, and celebrate the good days.' gdzieś w okolicach centrum.

samochód napędzany magicznym pyłkiem, ze specjalną dedykacją dla Basi, która kocha disneyowskie pedalskie wróżki.
standardowo - nic mnie tak nie inspiruje jak praca, więc prezentuję kolejną porcję sytuacji i dialogów, które miały miejsce na moich zajęciach (było tego więcej, ale to już na drugim komputerze, który chwilowo padł trupem - resztę wrzucę więc po dokonaniu resustytacji).
to akurat twórczość własna, ale nie mogłam się powstrzymać kiedy zobaczyłam w książce taki tytuł rozdziału (to z podręcznika Sky High 3). are you sure, Andy?
obiecane dialogi i cytaty:
W. czyta na głos. oryginalny tekst w książce: 'let's go before it gets dark.'
W: let's go before we get drunk.
rozmawiamy o designie, każdy w grupie ma za zadanie wymyślić nowy design dla jakiegoś przedmiotu codziennego użytku i opowiedzieć, co czyni go praktycznym.
E: the desk should have a drink holder, because when you work you need to drink a lot of alcohol.
fragmenty najlepszego najgoszego wypracowania jakie w życiu czytałam (w poniedziałek gołymi rękami uduszę pana A., który to dzieło stworzył):
'the boy was a szewczyk who often imagined that he was a brave wojakiem.'
'"hello, Lutku," said the duck.'
'"if you want the gold, you need to have me satisfied!," said the duck to the Lutek.'
(właśnie sobie wyobrażam jak the Lutek zaspokaja potrzeby seksualne kaczki.)
'"finally i'm rich!," thought the boy, going dziarskim step.'
'the boy went to the tailor and dressed in the most expensive dress.'
'a noble lord, can you help me?'
(hello, random noble lord.)
'Lutek looked at the happy old man, who withdrew żwawszym step in the direction of old town.'
może i odkrywam Amerykę na nowo, ale szukając ostatnio jakichś Bardzo Ważnych i Niezbędnych Mi Do Pracy Informacji trafiłam na ten artykuł z Wikipedii. w sekcji 'music video/concert visuals' jest napisane, że w 'One of These Days' Pink Floydów pojawia się motyw muzyczny z intro do Doctora Who. dla formalności, chociaż korzystać z googli/youtube każdy umie: Doktor, One of These Days (trzeba się uważnie wsłuchać tak od 3:03) i wersja koncertowa One of These Days, w której motyw jest dużo wyraźniejszy (2:18). najwyraźniej te dobre rzeczy też chodzą parami.
(tak, to jest to, czym się zajmuję jak nie mam na nic czasu.)
nabyte (w ostatnich tygodniach była klęska urodzaju, jeśli chodzi o ciekawe szmateksowe znaleziska, więc trzeba się pochwalić)...
...i nie nabyte (ale wypatrzone na wystawie i warte uwagi).
o Londynie ogółem już było, a teraz porcja głupich/intrygujących/dziwnych/sympatycznych napisów, reklam i innych tego pokroju rzeczy w Londynie sfotografowanych.
Retardex to, wbrew pozorom, cudowne remedium na nieświeży oddech.