sobota, 21 stycznia 2012

Chester

nie tylko Liverpoolem człowiek żyje (nawet człowiek, który akurat wyjechał sobie na tydzień do Liverpoolu) - czasem można złapać w Port Sunlight pociąg w przeciwnym niż zwykle kierunku i wylądować w mniejszym miasteczku z przepiękną architekturą, pozostałościami rzymskiego amfiteatru i... słoniem.

widoczki (w tym spalony kościół)

ruiny amfiteatru i mural, który ma dać wyobrażenie o tym, co się do naszych czasów nie zachowało

robię to, co każdy turysta, który natrafia na zminiaturowany model jakiegoś zabytku - udaję Godzillę.

fabryka czekolady Willy'ego Wonki (a tak naprawdę to nie mam pojęcia co się kryje za tą bramą, ale zobaczyłam ją przez okno i, kochając książki Roalda Dahla, musiałam uwiecznić.)

słoń (po lewej).

środa, 18 stycznia 2012

Superlambananas

kolejną rzeczą, która zaskoczyła nas w Liverpoolu były KROWY. albo OWCE. albo LISY, ewentualnie ŁASICE, względnie PSY - wszystko zależało od odległości i perspektywy z jakiej się na nie patrzyło. grunt, że były praktycznie wszędzie i budziły bardzo mieszane wrażenia estetyczne. w końcu okazało się, że stworzenia nazywają się Superlambananas i są połączeniem owcy z bananem - czyli swoimi wcześniejszymi skojarzeniami trafiałam raczej kulą w płot.

Superlambananas stały się symbolem (?!) Liverpoolu jakoś kilka lat temu, kiedy to pewien miejski artysta postawił jedną taką (za to gigantyczną) gdzieś w centrum. Liverpool z jakiegoś powodu ją pokochał i szybko się rozmnożyła, a jej potomstwo stoi teraz w najróżniejszych miejscach miasta, każda sztuka ozdobiona w inny sposób - coś jak berlińskie niedźwiedzie czy warszawskie krowy (pamięta ktoś jeszcze te krowy? za czasów liceum sporo się z nimi fotografowałam, może kiedyś znajdę te zdjęcia i wrzucę). moje wrażenia estetyczne nadal pozostają mieszane, ale inicjatywa w sumie jest dość sympatyczna - choć nie aż tak sympatyczna jak tabliczki informacyjne zabraniające ujeżdżania Superowcobananów, umieszczane w ich pobliżu.

muzykalny Superowcobanan

w stylu Klimta

Mandy z muzeum Liverpoolu (o tym muzeum też jeszcze kiedyś będzie)

wersja żółtołodziopodwodna

ostatni Superowcobanan jakiego w spotkaliśmy, własność Merseyrail.

wtorek, 17 stycznia 2012

The Beatles Story

jak Liverpool to oczywiście wszechobecni Beatlesi. o tej wszechobecności pisałam już rok temu, a w tym roku znaleźliśmy w końcu czas na odwiedzenie The Beatles Story, czyli muzeum Beatlesów.

wejście

sala stylizowana na wnętrze The Cavern, czyli kojarzonego z Beatlesami liverpoolskiego klubu (w prawdziwym The Cavern też byliśmy, ale o tym już innym razem)

Harrisona ucięło, za to jestem ja.

Beatlemania wielojęzycznie

żółta łódź powdodna (a na pierwszym zdjęciu bonusowo macka)

Beatlesi po rosyjsku

schody w drugim budynku muzeum.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Liverpool, dzień pierwszy

obiecałam liverpoolskie przynudzanie i liverpoolskie przynudzanie będzie - w sumie bardziej dla spełnienia mojego kronikarskiego (brzmi poważniej niż 'blogerskiego,' nie?) obowiązku niż dla potencjalnych czytelników, chociaż nie powiem, potencjalni czytelnicy też są mile widziani.

na początek początek. dosłownie. w drugi dzień świąt łatwo zapomnieć o świętach, kiedy wstaje się o piątej rano, w biegu dopakowuje plecak i jedzie na Centralny (swoją drogą, czy ktoś z czytających to warszawiaków nie miał jeszcze przyjemności z odnowionym kiblem na Centralnym? polecam, wrażenie równie niepowtarzalne jak przed remontem, z tym, że ze skrajnie innego powodu, teraz to chyba Najbardziej Luksusowy Kibel Świata), żeby przed południem być w Krakowie, bo ma się stamtąd lot do Liverpoolu. obiad w krakowskim McDonaldzie, w towarzystwie Krwiożerczego Gołębia, który czaił się na Agatę, był chyba drugim najbardziej świątecznym wydarzeniem tego dnia (o pierwszym za moment).

tak czy inaczej nie było źle, a w każdym razie naprawiłam błąd z zeszłego roku, czyli sfotografowałam w końcu żółtą łódź podwodną, która stoi koło lotniska Johna Lennona w Liverpoolu.

to co prawda już nie żółta łódź podwodna, ale też stoi koło lotniska i jest fotografowalne, więc czemu nie uwiecznić i tego.

plakat z przystanku w centrum miasta, czyli szczyt ironii i jednocześnie najbardziej świąteczny akcent dnia: tak, TRZEBA być geniuszem żeby dotrzeć do Port Sunlight (a tam właśnie mieliśmy dotrzeć, bo w Port Sunlight mieszkają Jan i Paul, czyli nasi couchsurfingowi hości i znajomi z zeszłego roku) - przynajmniej w Boxing Day, kiedy to z okazji świąt Liverpool radośnie pokazuje swoim mieszkańcom i turystom środkowy palec, wyłączając w ramach prezentu świątecznego pociągi. szczęśliwie kilka telefonów i pomocny staruszek w centrum rozwiązali sprawę, a potem było już tylko lepiej (chociaż ci, którzy przez trzy czwarte wyjazdu chodzili zasmarkani mogą mieć inne zdanie), ale to 'potem' to temat na kilka kolejnych postów, które pewnie ukażą się wtedy, kiedy znów będę się uczyć historii na egzamin (tak jak właśnie w tym momencie).

p.s. tak w ogóle to znowu zdechł mi drugi laptop, a mam na nim komiks i chyba kilka kwiatków, które chciałam tu wrzucić. jakoś, kiedyś, jak sam się naprawi...

czwartek, 5 stycznia 2012

2011

lubię swoje kalendarze, tylko dzięki nim jeszcze w ogóle wiem co się dokoła mnie dzieje. i zawsze po zakończonym roku szkoda mi ich wyrzucić, więc lądują gdzieś na dnie którejś szuflady razem ze stertą innych Rzeczy-Które-Nie-Są-Mi-Potrzebne-No-Ale-Przecież-Ich-Nie-Wyrzucę. właśnie przejrzałam kalendarz z 2011 i między innymi takie rzeczy tam są (reszta to Poważne Notatki, rzecz jasna):

środa, 4 stycznia 2012

czego się można dowiedzieć dzięki googlom

może i odkrywam Amerykę na nowo, ale szukając ostatnio jakichś Bardzo Ważnych i Niezbędnych Mi Do Pracy Informacji trafiłam na ten artykuł z Wikipedii. w sekcji 'music video/concert visuals' jest napisane, że w 'One of These Days' Pink Floydów pojawia się motyw muzyczny z intro do Doctora Who. dla formalności, chociaż korzystać z googli/youtube każdy umie: Doktor, One of These Days (trzeba się uważnie wsłuchać tak od 3:03) i wersja koncertowa One of These Days, w której motyw jest dużo wyraźniejszy (2:18). najwyraźniej te dobre rzeczy też chodzą parami.

(tak, to jest to, czym się zajmuję jak nie mam na nic czasu.)

poniedziałek, 2 stycznia 2012

różne różności

jakieś tam rzeczy, które się nazbierały na dysku w tak zwanym międzyczasie.

czy tylko mnie zastanawia, jaka była geneza sloganu reklamowego?

to zdjęcie byłoby zabawne, gdyby było na nim widać, że na prawej tablicy jest napisane 'impreza zamknięta.'

promocja z ThinkGeek bodajże

czasem warto uważać na czcionki.

i tyle z zaległości, teraz idę się rzucić w wir pracy po tygodniowym relaksie w Liverpoolu. jak potem coś jeszcze ze mnie zostanie to wrzucę tu liverpoolskie zdjęcia.

statystyka