Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 września 2010

Grecja: hotelowe głupoty

Ouranopolis raz jeszcze, tym razem z perspektywy hotelowego balkonu i leżaka nad basenem. ostrzegam, że post zawiera brzydkie słowa i w ogóle jest brzydki. (i nie jest niczym innym jak skondensowaną dawką różnych głupot, które zdążyły się nazbierać przez te dwa tygodnie w Grecji.)

prawdopodobnie jedyny napis po polsku w całym hotelu

Potwór, który wyraził chęć towarzyszenia opalającej się Barbarze

na obiedzie wystąpi schaboszczak, supportowany przez kilo kartofli.

śniadanie intelektualistów

Ser, Który Się Uśmiechał

prawdziwie grecka korrida

jednorożec

ankieta ewaluacyjna hotelu

system anty-ninja (bo w Theoxenii sprzątają ninja)

fotograficzna odpowiedź na pytanie 'do czego w hotelu służą łóżka.'

muszelki (mówiłam,że będą brzydkie słowa. osobiście tylko do tych dwóch dup przyłożyłam rękę, reszta to Barbary twórczość.)

sobota, 11 września 2010

Grecja: Saloniki

wypad do Salonik, tak zresztą jak większość naszych greckich wojaży, upłynął pod znakiem Kompletnego Braku Organizacji i Wiedzy o Czymkolwiek. siedząc już w miejskim autobusie, który, według informacji udzielonej nam przez zdybanego na przystanku policjanta, podążał do centrum miasta, zastosowałyśmy metodę 'wysiadamy tam, gdzie wygląda jak centrum, czyli przy jakimś McDonaldzie.' metoda się sprawdziła - i w ogóle, jak na osoby, które nie mają bladego pojęcia o topografii okolicy, poradziłyśmy sobie chyba całkiem nieźle, bo kompletnym przypadkiem udało nam się zaliczyć kilka najbardziej zabytkowo-wycieczkowych miejsc, których zdjęć oczywiście tu nie będzie. nie dotarłyśmy tylko do Białej Wieży, która, jak nam powiedziano, stanowi symbol miasta. strata nie tak duża, biorąc pod uwagę, że Saloniki to zdecydowanie jedno z tych miejsc, które chciałabym we względnie najbliższym czasie jeszcze raz nawiedzić, tym razem minimum na kilka dni. sympatycznego couchsurfera z Salonik poznam.

ciasta firmy Ble (zgadza się, bardzo czynnie uprawiałyśmy w Salonikach windowshopping - i nie ma się co dziwić, biorąc pod uwagę, że mają tam naprawdę niesamowite sklepy. bo tak, zwiedzałyśmy sklepy, również od wewnątrz.)

kebab... z Einsteina? umie kto po grecku, żeby rozszyfrować ten napis?

reklama Potwora w księdze gości przy wejściu do Rotundy

więcej reklam Potwora, wyprodukowanych podczas chwili odpoczynku w pewnym fantastycznym pubie, którego nazwy (o ile w ogóle byłam w stanie ją odczytać) nie pamiętam. dobrą muzykę tam grali.

Barbara i Świnia (Barbara w czarnym sweterku, świnia bez).

czwartek, 9 września 2010

Grecja: Ammouliani

wyspa Ammouliani była zdecydowanie najładniejszym i najbogatszym w potwory morskie miejscem, jakie udało nam się w Grecji odwiedzić. wspinaczka po przybrzeżnych skałach (tym razem uprawiana już nie przymusowo, jak to było w wypadku powrotu z Ouranopolis, ale dla własnej, było nie było, przyjemności) prawie przyprawiła mnie o połamanie wszystkich posiadanych odnóży, ale pozwoliła też dostać się w kilka fantastycznych miejsc, znaleźć jeszcze więcej potworów morskich i spotkać chłopca, który po powrocie z połowów na kutrze rybackim właśnie zajmował się oprawianiem świeżo złowionej ośmiornicy.

fantastyczne przybrzeżne skały, winne kilku pomniejszym kontuzjom i niemalże utopieniu telefonu, za użyciem którego koniecznie chciałam je sfotografować

wspomniany trup ośmiornicy, trzymany przez wspomnianego chłopca

jeden z ciekawszych suwenirów znalezionych w przyplażowym sklepie

Obeliks zaprasza na kebab

okupione kolcami jeżowca wbitymi w stopę i kolanami poharatanymi przez kamieniste dno morskie znaleziska, do których potem dołączyło jeszcze kilka ciekawszych okazów, między innymi szczypce kraba i kawałek koralowca. a jeszcze później część znalezisk wyciągnęła nogi (bynajmniej nie metaforycznie) i sobie poszła.

Potwór nie do końca morski, ale za to krwiożerczy jak jasna cholera

gdzieś tam w tle nasze Ouranopolis, niestety ze zdecydowanie mniej interesującym wybrzeżem. a... kto znajdzie na zdjęciu Potwora z Głębin? jedyne i niepowtarzale NIC ('NIC' z caps lockiem, nie byle co) dla pierwszej osoby, której się uda.

Zatoka Piratów i okręty, które udało nam się uprowadzić i splądrować

jeszcze jeden Potwór.

środa, 8 września 2010

Grecja: Ierissos

miało być dalej o zwiedzaniu Grecji - a żeby względna chronologia była zachowana, teraz będzie o Ierissos. do Ierissos wybrałyśmy się głównie na targ, który bodajże codziennie się tam odbywa. kupić nic nie kupiłyśmy, ale pooglądałyśmy autochtonów, owoce morza, skarpetki i cerkiew (zdjęcia cerkwi nie będzie, skarpetki owszem).

macki na wagę

element lokalnej fauny, uwięziony przez lokalne dzieci w pudełku

Znani Ludzie, których spotkałyśmy w Ierissos

w sklepie z fajną biżuterią i fajnym psem (pies mało, że nie był na sprzedaż, to jeszcze loda mi ukradł)

obiecane zdjęcie skarpetek

akt spoufalania się z przyplażową rzeźbą.

a tak wracając do szarej, powakacyjnej rzeczywistości: pracuję w przedszkolu. tak, ja. tak, w przedszkolu. Piotr skomentował, że Potwór będzie miał co jeść.

w ramach hojnego dzielenia się fajnymi linkami: to i to.

piątek, 3 września 2010

Grecja: Ouranopolis

Potwór był bardzo zajęty - z początku wakacyjnymi wojażami, teraz już różnymi czynnościami związanymi z szukaniem pracy i obroną dyplomu. w międzyczasie Potwór zdążył zgromadzić masę zdjęć, którymi pragnie się podzielić z resztą świata. naprawdę masę. taką masę, że nie wystarczy jeden post tutaj, żeby je wszystkie pokazać. dwa też prawdopodobne nie. starał się podzielić te zdjęcia na jakieś sensowne kategorie, ale i tak wyszedł bałagan.

w każdym razie zaczniemy, jak głosi tytuł posta, od Ouranopolis. bo do Ouranopolis było blisko z hotelu, przynajmniej w teorii. dwa kilometry w skwarze, wzdłuż asfaltowej szosy, mogą się okazać najdłuższymi dwoma kilometrami w życiu - chyba, że porównać je do dwóch kilometrów alternatywnej trasy: boso, przez kamienistą plażę, której miejscami wcale nie było, i pozostawało wspinanie się po skałach albo nurkowanie w morzu. z laptopem pod pachą, dodajmy. i z późniejszą wycieczką w górę zbocza, przez krzaki i patyki, po których ma się kilka(naście) pamiątek na nogach i podartą sukienkę. bo, wierzcie lub nie, w Grecji wszystko ma kolce. WSZYSTKO. i gdyby nie ten autochton, który załatwił nam cywilizowany transport do hotelu za paczkę papierosów, to nie wiem, jak byśmy skończyły. szkoda tylko, że potem koniecznie chciał się umówić na drinka (Grecy są sympatyczni. bardzo zbyt sympatyczni).

o hotspot trudno... ale internet mieszkańcom okolic obcy nie jest, jak widać.

co tu komentować? macki (jadalne)!

więcej macek (niejadalnych)

Ouranopolis stolicą mody, czyli Barbara się lansuje się

Barbara z boginią Bastet. z tymi zwierzętami domowymi to w ogóle ciekawa sprawa - psa tam ciężko spotkać, kotów masa, ale głównie młodych. nasuwa się pytanie: czym żywią się Grecy, kiedy ośmiornic na horyzoncie brak?

niestety najlepsze zdjęcie mojego plażowego dzieła

Kamień Który Wygląda Jak Potwór, Gdyż Ma Paszczę.

statystyka